WARSZTATY       AKTORSKIE  DLA MłODZIEŻY               


  • W
  • I
  • T
  • A
  • J
  • C
  • I
  • E
   :)
MŁODZIEŻOWE GRUPY  WARSZTATOWE:
DOROŻKARNIA - KURS AKTORSKI (17+) - wtorki 18:00-19:30 / TEATR FiAKiER (15+) - czwartki 17:00-18:45  info, zapisy - www.dorozkarnia.pl
MDK BIELANY - WARSZTATY TEATRALNE ( wiek 14-19 ) - środy 15:45:17:15 lub 17:30- 19:30 gr. początkowe
Zajęcia prowadzi reżyser Teatru Pijana Sypialnia - Stanisław Dembski / www.pijana-sypialnia.pl 
ŁOJDYRYDY / Teatr Pijana Sypialnia

SCENARIUSZ – Karolina LiCHOCIŃSKA, Sławomir NARLOCH
CHOREOGRAFIA – Izabela MASSALSKA
MUZYKA / PRZYGOTOWANIE WOKALNE ZESPOŁU - Daniel ZIELIŃSKI
REŻYSERIA / SCENOGRAFIA - Stanisław DEMBSKI

OBSADA:
JACUŚ - Sławomir Narloch
SZEPTUCHA - Karolina Lichocińska
SOŁTYS - Sebastian Słomiński
JOLA - Katarzyna Lasota
DUDA - Jakub Pawlak
HANKA - Dorota Ptaszek
BABA I - Agnieszka Kijewska
BABA II - Ewelina Młynarz
BABA III - Aleksandra Dudczak
PORADZIAK - Adam Hadi
JAGODZIANKI - Aleksandra Gintrowska, Maria Jankowska, Patrycja Kurowska, Julia Lewandowska, Małgorzata Polanowska
CHŁOPY - Wojciech Gawrych, Mariusz Pawelec, Łukasz Zgórka

ORKIESTRA
FLET / PICCOLO - Klaudia Grad
KLARNET - Bartłomiej - Słojewski
FAGOT - Klaudia Abramczuk
SKRZYPCE - Agata Frysz, Magdalena Górska
ALTÓWKA - Agnieszka Podlucka
KONTRABAS - Paweł Kielak
BĘBEN - Daniel Zieliński

PREMIERA / 15 lutego 2015
SKWER – filia Centrum Artystycznego FABRYKA TRZCINY w Warszawie, ul. Krakowskie Przedmieście 60A


Mieszkańcy Samborza i Kopydlina pogrążają się w swarach. Sytuacji nie pomaga fakt, że nad obydwiema wsiami pieczę sprawuje jeden sołtys. Poza tym wszystko toczy się w
zgodzie z ustalonym porządkiem. Dni płyną powoli, trochę to mityczny bezczas,
rytm odmierzany jest przez rytuały towarzyszące rodzeniu, umieraniu i zaślubinom. Piszę „trochę”, bo wszak postępowa europejska wieś musi w końcu przywitać cywilizację. Stąd mamy inicjatywę postawienia wychodka, niczym za Sławoja Składkowskiego, w miejscu, przy którym zatrzymują się samochody bogatych mieszczuchów. Baby przycupną przy drodze ze słoikami dżemów własnej
roboty, czekając na miastowych (a ci nic, tylko gwałcić i porywać kobiety!).
Jakby tego było mało, poszła fama, że na ewaluację mają przyjechać ludzie ze
stolicy. Histeria rozgorzała przed nadejściem „cywilizacji” przywodzi na myśl
„Konopielkę” Redlińskiego, tylko przeglądającą się w bardzo krzywym
zwierciadle.

Pijana Sypialnia jest wierna stylistyce śpiewogry. Aktorzy tworzą kolorowe taneczne
formacje, odświeżają ludowe pieśni i tańce, grupują się w jeden organizm, by
zaraz rozpierzchnąć się po całej scenie. Co jakiś czas wybrzmiewa melancholijnie „Czerwone jabłuszko” jako lejtmotyw. Malowana ludowość rodem z obrazków przeplata się ze współczesnymi, bardziej ostrymi kadrami. Remiza jawi się jako świecka świątynia, w której barmanka Jola rozlewa idealnie złote piwo. Dyskusje, w której wsi sprzedaje się trunki lepszej jakości kończą się konstatacjami spod znaku „moje jest najmojsze!”. Są też i inne rozrywki. Nad córką Joli, niczym nad uwspółcześnioną Jagną Boryną, odbywa się sąd. Plotka głosi, że puściła się z miastowym na parkingu dla autokarów. Zgubioną zapaskę jako dowód przedstawia Szeptucha, czyli ta, która mąci, prowokuje, truje wodę
międzyludzkich relacji. Jest raz śmieszno, raz straszno.

Ktoś po przeczytaniu tego opisu mógłby dojść do wniosku, że „Łojdyrydy” to nieznośna
cepeliada. Fakt, ewokowanie sentymentalnego obrazka nie brzmi zachęcająco.
Muszę jednak zaznaczyć, że świadomie trywializuję swój opis; tylko w ten sposób
w tekście może wybrzmiewać przedstawiona przez zespół puenta. Spektakl Pijanej
Sypialni jest niezwykle błyskotliwy. Podszewkę odsłania się tu stopniowo. Ten
kalejdoskop – raz przaśności, raz ludowej melancholii, a innym razem remizowego
obskurantyzmu – jest potrzebny, by objawić w finale przewrotną myśl twórców.
Klucz stanowi tutaj pojęcie stereotypu. I trudno nawet powiedzieć, że spektakl
stanowi krytykę uproszczonego myślenia – tak już zostaliśmy kognitywnie
zaprojektowani. Walter Lippmann porównał kiedyś myślenie stereotypowe do
patrzenia przez zieloną szybę wystawienniczą, zmieniającą barwy oglądanych
obiektów. Tutaj zieloną szybę można podmienić na zerkanie przez dziurę w
wiejskim płocie.

Owszem, zbiór zawsze tworzy suma jednostek, nikt jednak nie poradzi nic na to, że
ludzie mają predyspozycje do generalizacji i łączenia w całość. Nie bez przyczyny w spektaklu wiele uwagi poświęca się zbiorowości. Mamy więc konsolidujące wspólnotę rytuały, potańcówki w remizie (jak wiadomo alkohol
zrównuje wszystkich), a przede wszystkim – ludową samorządność. Tej opacznie
rozumianej „samorządności” niedaleko jest do rokoszu. Grupa bab „obala”
sołtysa, po czym zajmuje jego gabinet pod wodzą mącicielki Szeptuchy. Pytanie,
co zrobić ze świeżo „wywalczoną” władzą odbija się głucho od ścian
pomieszczenia. Postulat wymyślenia programu zostaje tymczasowo zarzucony.
Kobiety upijają się, senne głowy lądują na stole. Szeptucha komentuje ze
złośliwym uśmiechem: „opium najlepsze jest dla mas!”.

Ale oto wzniesiony z drewnianych skrzynek wychodek, pomnik gminnej przedsiębiorczości, zostaje przebudowany, przypominając teraz stołeczny Pałac Kultury i Nauki. Wieś nawiedza Warszawa pod postacią dwóch przedstawicieli kadry kreatywnej z całym „kreatywnym” arsenałem: okularami-nerdami, hipsterskimi czapkami i
polsko-angielskim pidżinem na ustach. Panowie promują otwartość (lądując co
chwilę w swoich ramionach, naturalnie). Zaaferowana wieś reżyseruje swoją
„wiejskość”, część osób tańcuje w kółku, inni piją wódeczkę, ktoś modli się w
rogu pomieszczenia. Przybysze ze stolicy proponują pewien układ. Proces
przekształcenia wsi w znak zaszedł już dawno, teraz pora na przekształcenie
znaku w towar – z zimnym alkoholem, smalczykiem, przaśnymi dziewkami. By
produkt nie okazał się dość niszowy, należy dokonać fuzji „wiejskości” z
„miejskością”, bo tylko w ten sposób można osiągnąć ideał transkulturowości.
Transkulturowość oczywiście równa się korporacyjnemu logo. Przykład? Caffe
latte z mlekiem prosto od krowy. Najlepiej ze źdźbłami słomy, by było bardziej
eko. Nazwijmy to korpofolkową estetyką.

Skoro tożsamość została przemieniona w znak, trudno jest dotrzeć do jej korzeni.
Fascynacja ludowością grzęźnie na naskórkowym poziomie. Donatan i jego
Słowianki znajdują się na szczycie wielkiej góry przykładów (zresztą, czy są
mniej groteskowi niż pomysły scenicznych „panów kreatywnych”?). Wystarczy
przyjrzeć się trendom w polskim designie, by dojść do wniosku, że ludowe
(pardon, folkowe) motywy są wciąż na topie. Sporo zespołów odwołuje się do
tradycji etnicznej. Kapela ze Wsi Warszawa objawiła się wieki temu, ale od tego
czasu nastąpił wysyp najróżniejszych formacji. Jajka czy mleko „prosto od
gospodarza” stają się nowym kulinarnym snobizmem. Podobny proces stereotypizacji
zachodzi również w przypadku mieszkańców stolicy. Nie trzeba nikogo
przekonywać, że wizerunek homo- i ecofriendly lattehipsterów jest znacznie
uproszczony.

W pewnym momencie wykonawcy wychodzą z ustalonym ram. Ktoś krzyczy: „Warszawa przyjedzie nas oglądać!”. Ów metakomunikat wprowadza widza w pewną konfuzję. W tym momencie nie możemy być pewni, czy zwrot odnosi się do wizyty hipsterów z
metropolii czy nas samych, zasiadających na widowni. Z tyłu głowy błąka się
Gogolowski chichot: „z czego się śmiejecie...? Z siebie samych się śmiejecie!”.
Tak, my też przyszliśmy oglądać ludowość (a raczej fantazję o niej), te przaśne
figurynki w panopticum, i cieszymy się, sprawia nam to przyjemność. Nikt nie
twierdzi, że miksowanie kultur czy skłonność do generalizacji to zjawiska godne
nagany; spektakl nie jest paszkwilem, choć judzi, zwodzi, igra z przyzwyczajeniami. „Łojdyrydy” warto zobaczyć nie tylko przez wzgląd na jak zawsze zaskakującą energię aktorów, lecz również pytania, które są stawiane. W finale bohaterowie zastanawiają się nad tożsamością krajanów po dwudziestu pięciu latach życia w wolnej Polsce. Z tej obserwacji rodzi się jako-taka panorama społeczeństwa. Społeczeństwo tworzą jednak konkretne jednostki. Każdy jest odpowiedzialny za swoje decyzje. W pewnych momentach tworzymy ciało zbiorowe, nierzadko bezrozumne i ulegające instynktom. Taki stan rzeczy wcale nie oznacza, że ów moloch musi nas pożreć. Coraz częściej mówi się, że demokracja jest projektem skazanym na klęskę. Nie jest to miejsce i czas na
tego rodzaju dyskusje, ale jedno jest pewne – odurzona opium baba z łatwością
wyrżnie się o podstawioną nogę. Proponuje wziąć to pod rozwagę.

autor
tekstu: Agata Tomasiewicz
19.02.2015

Scenariusz spektaklu „Łojdyrydy”, to historia mieszkańców dwóch sąsiadujących miejscowości: Kopydliny i Samborza. Narratorem opowieści i przewodnikiem jest Jacuś – rezolutny chłopak, który wspomina lata swojego dzieciństwa. Przywołuje klimat rodzinnych stron i powołuje na
nowo do życia postaci z przeszłości: „jednego na dwie wsie” Sołtysa, znachorkę Szeptuchę czy prowadzącą bar w remizie panią Jolantę. Poznajemy także nieszczęśnika Dudę, który zbiera pieniądze na pogrzeb swojej przedwcześnie zmarłej „na jakieś dziwne schorzenie” żony. W tle
rozgrywa się batalia zwaśnionych wiosek o figurę świątka o niezidentyfikowanej tożsamości. 
Manufaktura Kultury miała okazję uczestniczyć w najnowszym spektaklu Teatru Pijana Sypialnia, „Łojdyrydy”. Jak sama nazwa wskazuje,
tematyka ludowa była wszechobecna. Zaczynając od genialnie wykonanych
pieśni ludowych, kończąc na skocznych oberkach i spokojnym kujawiaku. Artyści przenieśli publiczność do świata rywalizujących ze sobą dwóch polskich wsi Kopydliny i Samborza, w tak magiczny sposób, że każdy widz bez wyjątku wychodząc ze spektaklu, opuszczał salę z wielkim uśmiechem na twarzy, a sam pełen był ludowej energii! Nawet jeśli nie jesteście pasjonatami kultury ludowej, ani nie macie pojęcia o tańcach z tego gatunku, jesteśmy pewni, że będziecie się świetnie bawić podczas gdy artyści Teatru Pijana Sypialnia będą tańcem i śpiewem zabawiać publiczność. Koniecznie wybierzcie się na tę sztukę! 


Kreator stron internetowych - przetestuj